W wieku 72 lat zmarł Jan Frycz, wybitny aktor filmowy i teatralny. W ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, ale pozostawał aktywny zawodowo. W ubiegłym sezonie stworzył kreację króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w „Termopilach polskich” w reżyserii Jana Klaty w Teatrze Narodowym w Warszawie.
Informację o śmierci artysty opublikowano na profilu narodowej sceny na Facebooku.
Jan Frycz był niezwykle ważnym członkiem naszego Zespołu – nie tylko wielkim artystą, ale i przyjacielem, a dla wielu z nas również mentorem. Będzie nam bardzo brakować jego charyzmy na próbach, jego śmiechu w kuluarach, długich rozmów i analiz. Przede wszystkim jednak będzie nam go brakować jako pięknego człowieka. Mieliśmy wielkie szczęście, mogąc spotykać się na co dzień
– czytamy.
Dalsza część tekstu pod postem
Jan Frycz urodził się 15 maja 1954 r. w Krakowie. Jak sam podkreślał, zawsze pragnął wymknąć się z szarej, PRL-owskiej rzeczywistości, a teatr postrzegał jako przestrzeń wolności. Stąd decyzja o zdawaniu do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W 1978 r. – momencie ukończenia studiów – zadebiutował w „Damach i huzarach” wg Aleksandra Fredry w reż. Mikołaja Grabowskiego w tamtejszym Teatrze im. Juliusza Słowackiego.
W latach 1982-1983 i od 2006 r. był związany z Teatrem Narodowym w Warszawie. W latach 80. można go było oglądać również na scenie Teatru Polskiego w Warszawie. W 1989 r. dołączył do zespołu Starego Teatru w Krakowie, którego podporą pozostawał przez wiele lat, grając m.in. w spektaklach Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego oraz Jerzego Grzegorzewskiego.
Najważniejsze kreacje – m.in. Iwana w „Braciach Karamazow” wg Dostojewskiego, Escha w obu częściach „Lunatyków” wg Brocha, Poncjusza Piłata w „Mistrzu i Małgorzacie” wg Bułhakowa, a później w „Wycince” wg Bernharda – stworzył w przedstawieniach Krystiana Lupy. Stał się jednym z jego emblematycznych aktorów. W ubiegłym sezonie, 12 lat po premierze, powrócił do roli Aktora Teatru Narodowego w „Wycince”, pierwotnie zrealizowanej w Teatrze Polskim we Wrocławiu, a wznowionej w Teatrze Polskim w Podziemiu. Miał zagrać ją jesienią na festiwalach teatralnych w Katowicach i Krakowie.
W 2012 r. w rozmowie z „Rzeczpospolitą” aktor przyznał, że na scenie zawsze odczuwa tremę, bo ma świadomość, że w teatrze jakiekolwiek udawanie, zasłanianie się „nie ma racji bytu”. – Zdawałem do szkoły teatralnej z miłości do sceny. Do Starego Teatru. Były lata 70., nie myślałem o popularności i co innego wtedy znaczyło słowo kariera. Nie chodziło tylko o pieniądze, a dziś miarą człowieka staje się coraz częściej jego status finansowy. Poza tym nikt się dzisiaj nie buntuje, tak jak bohater sztuki Mrożka, w której gram. Zresztą, przeciwko czemu się buntować, skoro wszystko wolno – zwrócił uwagę.
„Nie lubię filmu, boję się filmu, nie wierzę w film”
Na ekranie zaczął pojawiać się pod koniec lat 70., jednak wówczas jeszcze skupiał się na teatrze. W 1986 r., zapytany o swoje role filmowe, odparł: „A cóż ja takiego zagrałem w kinie? Nie lubię filmu, boję się filmu, nie wierzę w film”. Później to się zmieniło. Stworzył niezapomniane kreacje nieszczęśliwie zakochanego młodego pisarza w „Pożegnaniu jesieni” i porucznika Jefimowa w „Łagodnej” Mariusza Trelińskiego. Był Józefem w „Pestce” Krystyny Jandy, apodyktycznym ojcem w „Pręgach” Magdaleny Piekorz, bezwzględnym pułkownikiem Wasiakiem w „Różyczce” Jana-Kidawy Błońskiego, a także mecenasem Wilczkiem w „Bezmiarze sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego. W ostatnich latach zagrał również głośne role Daria w serialu „Ślepnąc od świateł” Krzysztofa Skoniecznego i więźnia „Starego” w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” Jana Holoubka.
Arysta miał na swoim koncie wiele nagród, wśród nich zdobytą w 2003 r. podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni statuetkę dla najlepszego aktora drugoplanowego za „Pornografię” Jana Jakuba Kolskiego oraz trzy Polskie Nagrody Filmowe Orły – za kreacje w „Pornografii”, „Pręgach” i „25 latach niewinności. Sprawie Tomka Komendy”. W 2005 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2005 r. uhonorowano go Srebrnym, a w 2015 r. – Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
W lipcu 2023 r. w wywiadzie dla Onetu Jan Frycz wspomniał, że jego życiowym credo jest bycie tu i teraz, cieszenie się każdą chwilą.
Urodziłem się w maju, fascynuje mnie obietnica, którą daje nam wiosna. Jestem wyczulony na zapachy budzącej się przyrody. W przyrodzie jest wielka siła, a my tak bezmyślnie niszczymy tę naszą biedną planetę. Staram się nie przykładać do tego ręki. Jeśli natomiast pyta pan, czy umiałbym dziś rzucić pracę i wpatrywać się tylko w kwitnące wiśnie? Na razie nie pociąga mnie obraz siebie jako bezrobotnego emeryta. Pewnie kleiłbym swoje okręty i puszczał samolociki, ale po kilku dniach mógłbym oszaleć. Dziś wszyscy pytają mnie o zdrowie, emeryturę, choroby i śmierć, a ja mam takich pytań serdecznie dosyć
– przyznał.
Mimo ciężkiej choroby, z jaką zmagał się w ostatnich latach, pozostawał aktywny zawodowo. W ubiegłym tygodniu rozpoczął próby do „Orestei” w reżyserii Luka Percevala.
Zmarł w sobotę 15 sierpnia. Miał 72 lata.
Jan Klata o Janie Fryczu: Teatr Narodowy traci jednego ze swoich liderów
Jan Klata nazwał Jana Frycza jednym z największych artystów scen polskich ostatnich dekad. Według niego, aktor stawiał sobie niezwykłe wymagania w starciu z wielkimi tekstami i najważniejszymi reżyserami.
Mogę to powiedzieć, również jako widz spektakli krakowskiego Starego Teatru i jego wcześniejszych dokonań aktorskich w przedstawieniach Krystiana Lupy – jego wielką, fenomenalną rolą był August Esch w „Lunatykach” Brocha
– przypomniał Klata. Zaznaczył, że Frycz grał także w spektaklach Jerzego Jarockiego m.in. w „Śnie srebrnym Salomei”, a później stał się jednym z najważniejszych aktorów Teatru Narodowego w Warszawie.
Podkreślił, że Jan Frycz miał również awangardowe oblicze.
Z jednej strony potrafił w sposób mistrzowski operować klasycznym warsztatem, posługując się najtrudniejszym, najbardziej wyrafinowanym słowem, frazą Słowackiego, a z drugiej – wyznaczał nowe ścieżki teatrów, bardzo awangardowych w poczynaniach, w spektaklach według sztuk Bogusława Schaeffera z Mikołajem Grabowskim, Janem Peszkiem i Andrzejem Grabowskim – mówił. – To był aktor, który potrafił absolutnie wszystko
– dodał.
Miałem szczęście pracować z nim przy okazji „Termopil polskich”, gdzie wspaniale zagrał króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Miałem wtedy okazję zobaczyć, jaka to jest magnetyczna osobowość, ale też jak znakomicie działa na zespół, na wszystkich artystów wokół
– powiedział szef Narodowego.
Zaznaczył, że widział wówczas głód perfekcji scenicznej u aktora, a jednocześnie „wielką pokorę wobec tekstu i zadań aktorskich”.
Jak podkreślił Jan Klata, śmierć Jana Frycza jest niepowetowaną stratą dla Teatru Narodowego.
Teatr Narodowy traci jednego z liderów i jest to wielki cios. W przygotowaniu była premiera „Orestei” w reżyserii Luka Percevala, gdzie Jan Frycz do ostatniej chwili, jeszcze w zeszłym tygodniu, brał udział w próbach
– mówił.
Dodał, że doszło do przerwania misji wielkiego aktora.
Jan Englert: wydawał się być nieśmiertelny
Jan Frycz wymyka się wszystkim stereotypom, nawet we wspomnieniu o nim. Był osobowością niezwykłą. Pracowaliśmy razem w różnych formach i układach 46 lat. Debiutował w Teatrze Telewizji w mojej reżyserii w roli Irydiona, od tamtej pory w układzie reżyser-aktor spotykaliśmy się wiele razy, chyba nawet częściej niż jako aktorzy grający w tym samym spektaklu czy filmie. Byłem również jego dyrektorem, a on był moim asystentem w szkole
– powiedział PAP Jan Englert, wieloletni szef warszawskiej narodowej sceny.
Mówię o tym, by uzmysłowić jak ważną rolę nie tylko w moim życiu, ale w życiu całego naszego środowiska odegrał ten nietuzinkowy, prawdziwy, nieudawany artysta. Ktoś, kto artystą jest w rzeczywistości, a nie tylko ma wizytówkę z napisem „artysta”. Uczestniczył w kilku zmianach konwencji teatralnej, współtworzył te zmiany. Był aktorem Krystiana Lupy, Jana Klaty, Mikołaja Grabowskiego, ale także Dejmka, Englerta i innych, uważanych za akademików. Potrafił zagrać w różnych formach, różnych stylach. Nie zawsze była to łatwa współpraca. Był indywidualnością, ale indywidualnością twórczą. Zawsze czekałem na Frycza, czy jako widz, czy jako kolega czy ten, który próbuje go reżyserować. Uważnie słuchałem jego instynktu. Miął niezwykły instynkt aktorski, który pozwalał mu widzieć rzeczy z perspektywy, na którą sami byśmy nie wpadli. Był kimś, kto w anegdocie teatralnej nie będzie może pośród tych najefektowniejszych, najzabawniejszych, ale w anegdocie dotyczącej sposobu pracy już teraz funkcjonuje jako legenda
– podkreślił.
Krystian Lupa: wielkość jego aktorstwa tkwiła w tym, że chodził niestereotypowymi ścieżkami
Nie można wyobrazić sobie spektakli Krystiana Lupy „Braci Karamazow” wg Dostojewskiego, „Lunatyków” wg Brocha, „Mistrza i Małgorzaty” wg Bułhakowa, a później w „Wycinki” wg Bernharda bez Jana Frycza. Stał się jednym z emblematycznych aktorów reżysera.
Krystian Lupa ocenił, że Jan Frycz nie miał najprostszego i najłatwiejszego życia.
Jako artysta wgryzał się w życie niesłychanie drapieżnie. Zawsze mu o coś chodziło – z jednej strony był spragniony miłości przyjaciół i współpartnerów w pracy, a jednocześnie nie był w żadnym wypadku skłonny do kompromisów
– zaznaczył.
Podkreślił, że wielkość aktorstwa Jana Frycza tkwiła w tym, że chodził niestereotypowymi ścieżkami.
Często reagowałem na jego intuicję rodzajem konsternacji na początku, a później okazywało się, że tkwiło w niej coś bardzo niestereotypowego i często odkrywczego. Praca z nim nie była łatwa, ale obaj to akceptowaliśmy. Wiele się rodziło z konfliktów. Kochaliśmy się za te konflikty
– dodał.
Według reżysera role Jana Frycza w „Braciach Karamazow” i „Lunatykach” były niepowtarzalne. Jak mówił, praca przy spektaklu „Wycinka” była niezwykle radosna z obu stron.
Bardzo się cieszyliśmy tym, co każdy odkrył ze swojej strony
– podkreślił.
Jan Frycz grał w spektaklu Aktora Teatru Narodowego.
Umiał tę postać niesłychanie, wspaniałomyślnie, wzruszająco obronić. Miała w sobie zarówno wątek karykaturalny, jak i wzruszającą bezradność i niepokój człowieka, który nie jest do końca pojednany ze swoim życiem, a zwłaszcza z figurą, którą musi społecznie odgrywać
– wskazał.
Nie umiem sobie wyobrazić, że Janka nie będzie w tej dalszej przygodzie i nie umiem sobie wyobrazić kogoś, kto może go zastąpić. Wydaje mi się niezastąpiony
– powiedział Krystian Lupa.
Jerzy Radziwiłowicz: to był wspaniały aktor, jeszcze ze starej gwardii
To jest odejście kogoś, kto był w kręgu moich najbliższych kolegów. Trudno formułować jakieś sądy, pozostaje ogromna dziura – tak o zmarłym aktorze powiedział PAP Jerzy Radziwiłowicz. – Odchodzi kolejny z kolegów, jeszcze ze starej gwardii. Znaliśmy się z teatru. Z Jankiem wiążą mi się jak najprzyjemniejsze wspomnienia. To był wspaniały aktor teatralny i filmowy. Nie mówię o tym wyłącznie z punktu widzenia zawodowego, ale również jako obserwator
– podkreślił aktor Jerzy Radziwiłowicz.
Jan Frycz w ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, ale pozostawał aktywny zawodowo.
Wiadomość nie jest bardzo zaskakująca, ale jest oczywiście ogromnie przykra. Janek walczył z chorobą, do końca chciał grać, ale już był bardzo kruchy. Widziałem się z nim po raz ostatni przed wakacjami
– wspominał Radziwiłowicz.
Oczywiście muszę wspomnieć jego wspaniały głos, tak często i chętnie wykorzystywany w radiu. Zostaje kolejna wyrwa, pustka wokół nas
– powiedział Radziwiłowicz.
Mariusz Treliński: Jan Frycz miał w sobie poczucie nieograniczonej wolności
Jak zaznaczył w rozmowie z PAP Mariusz Treliński, Jan Frycz był mu bardzo bliski.
Zrobiliśmy wspólnie trzy filmy fabularne – „Pożegnanie jesieni” gdzie grał główną rolę, później „Łagodną” gdzie występował razem z Januszem Gajosem oraz „Egoistów”. Znaliśmy się w różnych momentach – i trudnych, i łatwych. My tak się lubiliśmy, że do siebie wracaliśmy
– wspominał.
Pierwsze co przychodzi mi do głowy, to taka niepokojąca, krnąbrna osobowość Janka, który był bardzo trudną postacią w pracy. On dociskał, atakował i głośno się irytował. Przez to, że byliśmy naprawdę blisko, jakoś łatwo to przechodziłem. Rozumiałem to jako ewidentny sposób na szukanie jakości. On starał się wyplenić banał, głupotę, rzeczy zbyt łatwe i dokopać się do czegoś głębokiego
– ocenił.
Można tu ironizować i mówić, że tego rodzaju poszukiwanie jest poszukiwaniem czegoś niepotrzebnie trudnego, natomiast u Janka rzeczywiście zawsze chodziło o dokopanie się do sensu i znalezienie czegoś, co wyjdzie z banału – zaznaczył. – On miał w sobie wewnętrzne poczucie nieograniczonej wolności. W każdej roli szukał przekroczenia, szukał rozbicia reguł i za każdym razem próbował wywrócić wszystko do góry nogami
– tłumaczył Treliński.
Stawał na planie, a kiedy widział zagubienie w moich oczach, potrafił mówić: „No co? Jesteś reżyserem, to reżyseruj”. Bywał w danych momentach okrutny, ale też piękny. On mobilizował w sposób niesłychany
– wspominał.
Jak ocenił Treliński, właśnie przez takie prowokacje Jan Frycz tworzył tak interesujące role.
Teraz do głowy przychodzą mi takie momenty, jak na przykład w operze „Sinobrody”. Janek grał postać, która mówiła po węgiersku. Walczył i uczył się z panią, która starała się go do tego przygotować. To była osoba starsza i bardzo elegancka. W trakcie nagrywania tej roli w studio Janek, widząc jakiś rodzaj napięcia w tej kobiecie, która go ciągle poprawiała, zaczął się rozbierać, prawie do majtek i uderzać rękami w ścianę. W ten sposób starał się pobudzić. Takie były jego metody. Dla jednych dzikie, ale jak się go znało, to wiedziało się doskonale, że w tym jest coś pięknego i głębokiego
– przyznał.
Oczywiście mówię to wszystko dlatego, że był moim bliskim przyjacielem, stąd takie wspomnienie. Najważniejsze jednak, że odszedł jeden z dwóch, obok Janusza Gajosa, największych polskich aktorów
– podsumował.
Czytaj także:
Nie żyje Hayden Panettiere, aktorka znana z seriali „Nashville” i „Herosi”
W wieku 36 lat zmarła amerykańska aktorka Hayden Panettiere, znana m.in. z ról w serialach „Herosi” i „Nashville” – poinformowała rodzina artystki w oświadczeniu, cytowanym w poniedziałek (17 sierpnia)...
Czytaj więcejDetails