Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa spotka się w środę (9 września) w Warszawie z premierem Donaldem Tuskiem, by poznać stanowisko Polski ws. budżetu Unii Europejskiej na lata 2028–34, a także omówić kluczowe kwestie z unijnej agendy w kontekście zbliżających się jesiennych posiedzeń RE.
Centrum Informacyjne Rządu przekazało, że unijny polityk spotka się z szefem polskiego rządu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów o godz. 12.00. Wizyta Antonio Costy w Warszawie to kolejny etap jego objazdu po Europie, nazywanego w kuluarach „konfesjonałem”.
Rozmowy za zamkniętymi drzwiami, w wąskim gronie – często w cztery oczy – mają pozwolić szefowi Rady Europejskiej na poznanie stanowisk poszczególnych stolic wobec projektu kolejnych wieloletnich ram finansowych. Celem jest ustalenie unijnych kompromisów oraz nieprzekraczalnych „czerwonych linii”. Według informacji PAP, Costa ma położyć szczególny nacisk na kwestię finansowania budżetu, w tym na nowe źródła dochodów, takie jak podatek od wielkich korporacji.
Przewodniczący RE odbył już analogiczne konsultacje m.in. z premierami państw bałtyckich, a także Węgier, Chorwacji, Luksemburga, Grecji, Bułgarii, Rumunii, Słowenii i Cypru. Bezpośrednio z Warszawy Costa uda się do Berlina na spotkanie z kanclerzem Friedrichem Merzem. W kolejnych dniach odwiedzi Madryt i Lizbonę, a w niedzielę w Rovaniemi będzie rozmawiał z premierem Finlandii Petterim Orpo. Budżetowe „tournée” zakończy się 17 września.
Przewodniczący rozmawiał już z liderami 13 krajów i wszyscy zgadzają się, że negocjacje należałoby sfinalizować do końca 2026 roku. Następne WRF (Wieloletnie Ramy Finansowe) są bowiem zupełnie inne niż obecny budżet. Na przygotowanie i wdrożenie trzeba dużo więcej czasu
– powiedziało PAP źródło w Radzie Europejskiej w Brukseli.
Rozmówca PAP zaznaczył, że Costa każdemu z przywódców poświęca 1,5–2 godziny. Tyle też potrwa środowa rozmowa z Donaldem Tuskiem. Będzie poświęcona głównie unijnemu budżetowi, ale najpewniej politycy poruszą też temat wojny w Ukrainie i rosyjskich prowokacji.
Niezależnie od rozmów w „konfesjonale” Costy, negocjacje – na niższym poziomie – prowadzi irlandzka prezydencja. – Irlandczycy rozmawiają o konkretach, kwotach i kwestiach technicznych. Po konsultacjach z wszystkimi stolicami przygotują negotiation box – podkreśliło źródło PAP w Radzie. Irlandzki „zestaw do negocjacji” będzie podstawą rozmów na pierwszym budżetowym szczycie UE 15–16 października w Brukseli.
Wtedy negocjacje budżetowe przejdą na najwyższy poziom polityczny. Będzie prowadził je Costa. Źródło PAP przyznało, że w państwach członkowskich jest oczekiwanie, aby zorganizować kolejny szczyt budżetowy w listopadzie. Rada zarezerwowała termin na 26–27 listopada, ale o tym, czy listopadowy szczyt się odbędzie, zdecydują przywódcy na szczycie 15–16 października.
Na razie na stole wciąż leży zmodyfikowana przez cypryjskie przewodnictwo propozycja Komisji Europejskiej z lipca 2025 r., opiewająca na prawie 2 bln euro. Polska z 123,3 mld euro miałaby być największym beneficjentem. Z rozmów PAP z polskimi negocjatorami wynika, że kwota ta najpewniej ulegnie zmianie, gdyż płatnicy netto domagają się znaczącej redukcji unijnego budżetu. – Skończy się tak jak zwykle, kompromis zostanie osiągnięty w ostatniej chwili, żaden z krajów nie będzie z niego zadowolony, ale wszyscy będą twierdzili, że osiągnęli to, co chcieli – powiedział PAP jeden z rozmówców w resorcie zaangażowanym w negocjacje budżetowe.
Jak przy każdych rokowaniach budżetowych, UE podzieliła się na dwa obozy – tzw. Grupę Skąpców (ang. The Frugals), do której tradycyjnie zalicza się Holandię, Austrię, Danię i Szwecję, i Grupę Przyjaciół Spójności, która zrzesza 17 państw, m.in. Polskę, Bułgarię, Chorwację, Czechy, Estonię, Grecję, Hiszpanię, Litwę, Łotwę, Maltę, Portugalię. Pierwsi opowiadają się za ścisłą dyscypliną budżetową i sprzeciwiają się nadmiernemu zwiększaniu wspólnych wydatków. Drudzy bronią przed cięciami fundusze przeznaczone na wyrównywanie różnic i pilnują, by polityka spójności była elastyczna, uproszczona, a co najważniejsze – by miała wystarczające finansowanie.
Inicjatywę obecnie przejęli „skąpcy”. Pod koniec sierpnia liderzy Niemiec, Danii, Austrii, Finlandii, Holandii i Szwecji spotkali się w Berlinie (część z nich wzięła udział w rozmowach zdalnie) i zażądali znacznych cięć – o kilkaset miliardów euro. Wśród wymienionych przez nich priorytetów budżetowych nie ma polityki spójności, co oznacza, że w tym obszarze będą szukać oszczędności.
Jak ocenił w rozmowie z PAP Piotr Buras, dyrektor Warszawskiego Biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) „największą zmianą jest, że Niemcy nie kryją się już z tym, że są w obozie domagającym się oszczędności”.
Żaden z niemieckich rządów do tej pory otwarcie nie stawał po stronie „skąpców”. Do tej pory Niemcy starali się być „uczciwym pośrednikiem”, który w kluczowych momentach zawsze dążył do kompromisu w imię interesu europejskiego
– powiedział.
Ciekawe jest to, że zmiana w podejściu do budżetu UE nie jest podyktowana tym, że Niemcy mają ograniczenia fiskalne i brakuje im pieniędzy, ale dlatego, że tych ograniczeń nie mają
– dodał.
Na początku 2025 r. rząd kanclerza Friedricha Merza zniósł tzw. hamulec zadłużenia. To wpisana do konstytucji reguła fiskalna, która w praktyce ogranicza możliwość zaciągania nowego długu przez rząd federalny i landy. Rozmówca PAP ocenił, że „Niemcy mają teraz prawie nieograniczone możliwości, mogłyby rzucić dużo więcej pieniędzy również na Europę, ale nie zrobią tego z powodów wewnątrzpolitycznych”. Według dyrektora warszawskiego biura ECFR, CDU ma wielkie problemy, a Merz jest pod presją rosnącej w siłę Alternatywy dla Niemiec (AfD).
W opinii Burasa, aby Europa była w stanie sprostać konkurencji ze strony gospodarek USA czy Chin, musi wydawać więcej, i to na szczeblu unijnym.
Skoro zdaniem Niemiec i krajów nordyckich budżet UE jest za duży, to cięcia dotyczyć będą wszystkich obszarów, także funduszu konkurencyjności. Nie da się uzgodnić kompromisu wyłącznie kosztem tych krajów, które wpłacają więcej do UE, niż dostają
– powiedział PAP dyrektor warszawskiego biura ECFR.
Jego zdaniem obozowi „skąpców” nie uda się znacząco obniżyć wydatków na spójność UE, ale zapewne zdołają jeszcze bardziej zmienić ten system. Pieniądze będą wypłacane na innych zasadach. Zapytany o to, czym się to skończy, odpowiedział, że „wiele zależy od tego, o co Polska będzie najbardziej walczyć, a kluczowych obszarów jest kilka”.
Na pewno Donald Tusk będzie zabiegał o jak największe wydatki na politykę spójności. I o to, by fundusze te były w miarę łatwe do zabsorbowania. Starego modelu nie da się obronić. Pieniądze będą przyznawane w oparciu o krajowe Plany Partnerstwa Krajowego i Regionalnego oraz o jeden wspólny fundusz obejmujący dotychczasowe programy
– ocenił Buras.
Drugi ważny obszar negocjacji to zasady wydatkowania pieniędzy w ramach Funduszu Konkurencyjności. To, na ile skorzystają na tym także polskie firmy, zależeć będzie od bardzo szczegółowych zapisów dot. dostępności funduszy i przyjętych zasad preferencji.
Mamy bardzo dobry argument na swoją korzyść. Otóż celem nowej polityki przemysłowej UE jest zabezpieczenie europejskiego przemysłu przed nieuczciwą konkurencją z Chin. Słowem, celem jest bezpieczeństwo ekonomiczne Europy, a nie wspieranie najbardziej „zielonych” firm czy krajów. Niemcy w tej sprawie stoją po tej samej stronie, co Polska
– podkreślił.
Zdaniem Burasa „przeciągnięcie negocjacji na rok 2027 byłoby szaleństwem”.
W przyszłym roku odbędą się wybory prezydenckie we Francji i parlamentarne we Włoszech i Polsce. Uzyskanie kompromisu będzie więc o wiele trudniejsze, albo w ogóle niemożliwe. Negocjacje powinna zakończyć prezydencja irlandzka
– ocenił.
Jeżeli w październiku okaże się, że różnice stanowisk państw członkowskich są nadal gigantyczne i dotyczą fundamentalnych spraw, to trudno oczekiwać końca negocjacji w grudniu.
