To najważniejsza reforma unijnego prawa klimatycznego. Dziś Komisja Europejska zaproponuje złagodzenie zasad w ETS, czyli systemie handlu uprawnieniami do emisji CO2. Jak informowała wcześniej brukselska korespondentka Polskiego Radia Beata Płomecka, część postulatów Warszawy została spełniona.
Złagodzenie ETS jest dla Polski kluczowe – koszty z nim związane to obciążenie dla przemysłu i podwyższone rachunki za prąd dla obywateli. Natomiast, wbrew oczekiwaniom Polski, Komisja Europejska nie przedstawi dziś rewolucyjnych zmian – Unia nie rezygnuje z celu neutralności klimatycznej w 2050 r., ale daje przemysłowi większy oddech i więcej czasu na spełnienie norm.
Dla Polski kluczowe jest utrzymanie Funduszu Modernizacyjnego po 2030 r., którego obecnie jest największym beneficjentem i z którego finansuje inwestycje w transformację energetyczną.
Polscy dyplomaci podkreślali w rozmowie z korespondentką Polskiego Radia, że zabiegali o utrzymanie mechanizmów solidarnościowych, które pozwalają mniej zamożnym krajom nadrobić dystans. Od 2020 r. Polska otrzymała z Funduszu Modernizacyjnego ponad 50 mld zł na termomodernizację szkół i szpitali, wymianę źródeł ciepła, przydomowe magazyny energii, czy modernizację sieci elektroenergetycznych.
Drugi ważny postulat Polski dotyczył tzw. boostera inwestycyjnego dla przemysłu na zniwelowanie negatywnych skutków ETS. Fundusz będzie miał do dyspozycji 400 mln uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Z czego jedna czwarta będzie do podziału dla krajów o niższych dochodach i do wykorzystania przez 18 miesięcy.
Polska ze swym przemysłem w tej grupie dominuje i to właśnie jej przypadnie większość pozwoleń. Wprawdzie początkowo Polska oczekiwała, że cała pula 400 mln uprawnień będzie dla mniej zamożnych państw i tu można mówić o niedosycie, ale wstępne propozycje były jeszcze ostrzejsze. KE chciała tej grupie państw przekazać zaledwie 60 mln uprawnień.
Polska zabiegała też o wydłużenie darmowych uprawnień do emisji dwutlenku węgla po 2034 r. I Komisja ma zwiększyć dostępną pulę. Mówi się też o dodatkowych bezpłatnych pozwoleniach o wartości około 10 mld euro dla tych przedsiębiorstw, które zainwestują w dekarbonizację. Akurat tu Polska uważa, że przyznawanie darmowych uprawnień nie powinno być nagrodą za inwestycje, ale koniecznością, by chronić konkurencyjność europejskiego przemysłu przed konkurencją, np. z Chin.
Ponadto w zaproponowanej reformie ETS wydłużone mają być w czasie redukcje liczby uprawnień do emisji dwutlenku węgla, także tych kupowanych na rynku. Do 2039 r. miało nie być żadnych pozwoleń, ale technologicznie wiele krajów, w tym Polska, nie jest jeszcze na to gotowych.
Obecnie ścieżka redukcji tych pozwoleń jest stroma, rocznie ponad 4-proc. Komisja zaproponuje jej wypłaszczenie. Do 2035 r. ta redukcja ma być ponad 3- proc., ile dokładnie, to jeszcze zdecydują unijni komisarze, a po 2035 r. ma być jeszcze mniejsza.
To wszystko to na razie propozycje Komisji. I teraz, wraz z ich publikacją, rozpocznie się tak naprawdę w Unii Europejskiej prawdziwa batalia w sprawie ostatecznego kształtu regulacji.
Oprócz proponowanej reformy systemu ETS, Komisja przedstawi też dziś projekt przepisów dot. zmiany metody przyznawania darmowych uprawnień do emisji CO2. Dla Polski uzależnionej przez dekady od węgla to sprawa pilna, bo obecna metodologia jest zabójcza dla firm, fabryk i hut. Polsce zależało na osobnych przepisach, bo reforma ETS może potrwać i dwa lata, a wskaźniki pozwalające na wyliczenie darmowych uprawnień muszą być zmienione jak najszybciej.
Polska chce, by nowe wskaźniki były bardziej zróżnicowane i zapewniały indywidualne podejście i co ważne – były z mocą wsteczną. A to oznacza, że jeśli zostaną przyjęte w przyszłym roku, to będą dotyczyć także tego obecnego i wtedy polskim firmom oddano by część darmowych pozwoleń.


















