„Economist”: Niemcy wystawiły na próbę wspólny front NATO; nie służyło to nikomu poza Kremlem

Fot. PAP/EPA/CLEMENS BILAN

Fot. PAP/EPA/CLEMENS BILAN

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz, który wahał się, czy dostarczyć Ukrainie Leopardy, wystawił na próbę wspólny front państw NATO wobec agresji ze strony Rosji. Nie służyło to nikomu poza Kremlem. Berlin ocenia jednak, że odniósł dyplomatyczne zwycięstwo – pisze „Economist”.

Ukraina prosiła o dostarczenie jej produkowanych przez Niemcy czołgów od siódmego dnia rosyjskiej inwazji. Decyzja Berlina o tym, że przekaże Leopardy zapadła za późno, źle wpłynęła na jedność Sojuszu i przedłużyła cierpienie Ukrainy – wylicza brytyjski tygodnik.

Trzeba jednak przyznać, że jeśli policzyć pomoc dostarczaną Kijowowi via UE Niemcy przekazały Ukrainie największe pakiety pomocy militarnej i humanitarnej po Stanach Zjednoczonych. Niemniej kanclerz wydaje się działać w tej sprawie z oporami – ocenia „Economist”.

Tymczasem w Berlinie panuje przekonanie, że Scholz odniósł dyplomatyczne zwycięstwo, ponieważ zwlekając z decyzją w sprawie Leopardów zmusił – jak sądzą Niemcy – Amerykę do przekazania Ukrainie czołgów Abrams. Ponadto pod wpływem Berlina Szwajcaria zezwoli na sprzedaż swej amunicji ukraińskim siłom zbrojnym, co jest zdaniem Berlina kolejnym sukcesem jego strategii powolnego zwiększania pomocy wojskowej dla Kijowa, bez prowokowania Rosji do eskalowania konfliktu z Zachodem – relacjonuje tygodnik.

Sojusznikom Kijowa postawa Scholza nie wydaje się jednak tak mądra; Leopardy są lepszym rodzajem czołgów dla sił ukraińskich, niż spalające kolosalne ilości paliwa, ciężkie i trudne do serwisowania amerykańskie Abramsy. A przede wszystkim 2 tys. Leopardów jest już na stanie 13 europejskich armii – argumentuje „Economist”.

Niezależnie od tego, jakie były przyczyny wahań kanclerza, jego postawa zaszkodziła dyplomatycznej pozycji Niemiec, a prawdziwym mężem stanu, który zrobił wszystko, by „zachować jedność wspólnoty transatlantyckiej, gdy stawka jest tak wysoka”, okazał się prezydent USA Joe Biden – konkluduje „Economist”.

Exit mobile version