Frekwencja wyborcza

Fot. Pixabay

Fot. Pixabay

Najbliższe wybory najprawdopodobniej za niecały rok, natomiast wydaje się nieomal pewne, że wieloletnia statystyczna tendencja związana z procentowym udziałem naszych współobywateli w akcie wyborczym nikogo i tym razem nie zaskoczy. Tym bardziej, że tytułowy element, niezbędny wymiar, a i swoisty sprawdzian obywatelskiej świadomości, czyli poziomu demokracji bowiem, w zadziwiający sposób przestał w III RP interesować kogokolwiek.

Polityków, prawników, politologów, a nawet publicystów pospołu. Pamiętam jeszcze, że u początków naszego nowego, ustrojowego ładu, tę kwestię traktowano z należytą uwagą, wywodząc słusznie idee związane z reprezentatywnością i legitymizacją władzy wszelakiej oraz uprzedzającą zgodą tak na wyniki owych wyborów, jak i prawo do nieuczestniczenia w głosowaniach, ale automatycznie odbierające możliwość podważania ich wyników. Te kwestie jako się rzekło uważano wówczas za fundamentalne dla naszej demokracji. Nawet jeśli już w 1989 roku dokonano kilku „gwałtów” na wyborczych zasadach ze zmianą przepisów między pierwsza , a drugą turą wyborów, żeby ratować ustalony m.in. w Magdalence parytet. Później jeszcze mieliśmy wielokrotne fałszerstwa wyborcze (udowodnione!), których skala wszak pozwalała każdorazowo sędziom zatwierdzającym wyniki, użyć sformułowania, że „nie miały one istotnego wpływu na całość wyników”.

Do innych konkretnych przykładów patologii np. kupowania głosów ( w szczególności w wyborach lokalnych) brakowało konkretnych przepisów i jurysdykcji. Mieliśmy też w historii wyborczej III RP oczywiste dość fałszywe wyniki, choć bez fałszowania i wskazania winnych, a pomysłodawcy tej sławetnej „książeczki” ponoć nie udało się ustalić do tej pory.

Konstatując zatem te niechlubne fakty warto wrócić do owej frekwencji, która przez lata całe z lekkimi odchyleniami oscyluje wokół 50. %. Tu wszak interpretacja jest brutalnie prosta, czyli że ok. połowy naszych współobywateli z różnych względów nie interesuje kto, jak i dlaczego nami rządzi. Oczywiście motywacji takich postaw, nawet przy takiej ich skali , można się doszukiwać w wielu sferach m.in. mentalnej („homo sovieticus”), prawnej i techniczno-organizacyjnej (ordynacja), „jakościowej” (klasa polityczna), ale też indywidualnej, trudnej do sklasyfikowania.

Rzecz w tym, że ta swoista grupa nie jest możliwa do wyodrębnienia i socjologicznego zbadania w kwestii poglądów i preferencji wyborczych, ze względu na demokratyczną „świętość”, czyli … tajność wyborów. Pomijam tu, być może niesłusznie, pewien element ryzyka co do takiego obywatelskiego „przebudzenia”, które mogłoby np. (teoretycznie?) wywrócić „do góry nogami” naszą scenę polityczną. I nawet jeśli przypomina to dywagacje czysto teoretyczne, to przecież problem jest realny jak najbardziej. Ale dopóki hasełko: „Odsunąć od władzy…”, zastępuje programy wyborcze, dopóty wszystkie inne problemy motywowane obywatelską troską wydają się nieistotne.

Tytułem puenty zaś odwołam się do matematycznie zliczalnej socjologicznej prawdy, że czym niższa frekwencja, tym większe szanse najgorszych kandydatów. Sic!

Exit mobile version