Po procesach Poznańskiego Czerwca ’56 ludzie przynosili ojcu kwiaty do domu, a taksówkarze nie chcieli brać od niego zapłaty za kurs — mówiła PAP Zofia Gutowska, córka adw. Michała Grzegorzewicza, jednego z legendarnych adwokatów, obrońców w procesach Poznańskiego Czerwca ’56.
28 czerwca 1956 r. robotnicy Zakładów Cegielskiego, wówczas Zakładów im. Stalina, podjęli strajk generalny i zorganizowali demonstrację uliczną, krwawo stłumioną przez milicję i wojsko. Życie straciło wówczas 58 osób. Na przełomie września i października 1956 roku rozpoczęły się pokazowe procesy poznańskie; ówczesne władze chciały „przykładnie ukarać robotników”. Prokuratura przygotowywała materiał przez ponad dwa miesiące, natomiast adwokaci na ustalenie i przygotowanie linii obrony mieli zaledwie siedem dni. Na czele zespołu obrońców stanęli: adw. Michał Grzegorzewicz, adw. Stanisław Hejmowski i adw. Gerard Kujanek.
Procesy poznańskie zakończyły się sukcesem obrońców. Kary orzeczone w „procesie trzech” i „procesie dziewięciu” były zdecydowanie łagodniejsze, niż się spodziewano – a oskarżonym groziła nawet kara śmierci. W „procesie dziesięciu” do wydania wyroku nawet nie doszło; Sąd Wojewódzki w Poznaniu zwrócił akta prokuraturze celem uzupełnienia śledztwa.
Zofia Gutowska, córka adw. Michała Grzegorzewicza, w czerwcu 1956 roku miała dziesięć lat. W rozmowie z PAP wspomina ojca i to, jak zapamiętała wydarzenia sprzed 70 lat.
PAP: Jakim człowiekiem był pani ojciec? Miał jakieś swoje hobby, przyzwyczajenia?
Zofia Gutowska: Pamiętam ojca jako bardzo przystojnego, wysportowanego i wysokiego mężczyznę – miał prawie 190 cm wzrostu, co szczególnie na tamten czas, było naprawdę dużo. Grał w brydża, trochę wędkował, bardzo lubił psy i był też zapalonym myśliwym; jeździł na polowania, świetnie strzelał. Miał pogodne usposobienie. Pisał też wiersze, choć głównie takie wierszyki, np. na jakieś okazje. Pamiętam, że kiedyś napisał nawet bajkę o „Skrzydlatym ośle”. Gdzieś ją wysłali razem z wujem, bo wuj ją ilustrował, ale ostatecznie jej nie wydano. Napisano, że „co prawda bardzo im się podoba, ale dzieci mogą nie rozumieć dowcipu”. Ale poczucie humoru miał.
PAP: Czy mecenas Grzegorzewicz był dobrym ojcem?
Z.G.: To były takie czasy, że my, jako małe dzieci, to z ojcem niewiele przebywaliśmy. Pierwszą pieluszkę zmienił swoim wnukom. Natomiast, jak byliśmy już trochę starsi, to były wyjazdy rowerowe, wakacje. Uczył nas też pływać; chociaż mnie prawie by przy tym kiedyś utopił. Szedł ze mną za rękę na jakiejś dzikiej plaży, zamyślił się – co często mu się zdarzało – a przez to, że był taki wysoki, to ja już dawno grunt straciłam, a on sobie szedł dalej… Więcej wspólnych tematów wydaje mi się, że tata miał z moim starszym bratem; wciągnął go m.in. w polowania. Rodzice dbali też o tradycje w domu; w czasie Bożego Narodzenia, Wielkanocy i uroczystości rodzinnych. Jaka w tym była zasługa mamy, nie wiem, pewnie większa niż taty, ale rodzice bardzo o to dbali.
PAP: Kiedy była pani już dorosłą kobietą, relacje z tatą się zmieniły?
Z.G.: Jak byliśmy starsi, dorośli, mieliśmy swoje rodziny, kiedy mamy już nie było, to tata jeździł z nami na wakacje. Wtedy chętnie zajmował się wnukami. Moje dzieci teraz wspominają, że był dobrym dziadkiem; rozmawiał z nimi o koniach, ciągnął na grzyby i tak je czasem przestawiał, żeby po prostu musieli te grzyby zauważyć, prawie się o nie potknąć.
PAP: Pani ojciec był wybitnym prawnikiem. Dlaczego ani pani, ani pani brat nie poszliście w ślady ojca?
Z.G.: Ojciec, po tych wszystkich wydarzeniach, powiedział nam, że nie będzie łożył na studia, jeśli wybierzemy prawo. Nie wiem, jak by to wyglądało, jakbyśmy się zaparli, ale… Ostatecznie ja skończyłam politechnikę, a brat medycynę. A potem oboje związaliśmy się z prawnikami – to jak jakaś „klątwa” rodziny. Potem, jak już były trochę inne czasy, to tata też był bardzo dumny, że mój mąż, Marek Gutowski, został dziekanem ORA w Poznaniu.
I mimo że wszyscy praktycznie w rodzinie są prawnikami, to jest mi strasznie trudno ocenić, jakim ojciec był adwokatem. Na pewno był świetnym mówcą, świetnie pisał. Jak byłam mała, to kancelaria taty mieściła się u nas w domu. Przychodziło do niej bardzo dużo osób, czekali na korytarzu. Nam nie wolno było wtedy przeszkadzać tacie. Kiedyś, nawet UB się sprawą zainteresowało, kiedy mój brat w parku powiedział, że „tatuś robi pieniążki w domu”, bo się w domu mówiło: „nie przeszkadzajcie, bo tatuś zarabia”.
PAP: W czerwcu 1956 roku miała pani 10 lat. Co pani pamięta z tamtego okresu?
Z.G.: Z samych wydarzeń czerwcowych wiele nie pamiętam. My byliśmy chowani trochę pod kloszem. Poza tym akurat wtedy, w czerwcu, rodziła moja ciotka i u nas w domu były jeszcze dwie moje kuzynki. Ojciec poszedł zobaczyć, co się w sądzie dzieje, a mama została sama w domu z czwórką dzieci i tylko nas „upychała” w pokoju od podwórza, żebyśmy nic nie słyszeli, nic nie widzieli.
Ale jakieś głosy do nas dochodziły. Przyrodni brat naszej gosposi został ranny w trakcie wydarzeń Czerwca ’56. Później tych głosów było już coraz więcej, bo ludzie przychodzili do domu, do kancelarii ojca. Wtedy już nas „nie upychano w kątach”, słyszeliśmy, co się dzieje.
PAP: Jednym z najbardziej symbolicznych zdarzeń w trakcie procesów poznańskich był gest ani ojca, który na sali sądowej uniósł w górę skrwawioną koszulkę Romka Strzałkowskiego, 13-letniego chłopca, najmłodszej ofiary Czerwca ’56. Pamięta pani matkę Romka Strzałkowskiego?
Z.G.: Tak, pani Strzałkowska przychodziła do kancelarii taty mieszczącej się w domu. Pamiętam ją. Ja byłam dzieckiem i ona wydawała mi się wtedy taką wysoką, czarną postacią. Potem ją kiedyś poznałam i okazało się, że wcale nie była taka wysoka. Ale została w mojej pamięci jako ta czarna, tragiczna postać tamtych dni.
Nawet wtedy, jako dziecko, wiedziałam, że to właśnie matka Romka Strzałkowskiego. Byłam bardzo poruszona jego śmiercią. Wiedziałam, że był prawie moim rówieśnikiem, był w wieku mojego brata. 10-letnie dziecko na zastrzelenie rówieśnika reaguje nawet nie wiem, czy nie mocniej niż dorosła osoba, wie Pani? To była tragedia dla tej rodziny, jedyny syn.
PAP: Czy w trakcie procesów poznańskich czuć było w domu jakąś inną, napiętą atmosferę?
Z.G.: Taty jak zwykle nie było w domu, ale nie odbieraliśmy tego, jako czegoś innego, nadzwyczajnego. Tyle że ludzie do niego przychodzili po południu, wieczorem. Pytali się: „jak było?”, komentowali przebieg rozpraw, które były przecież transmitowane. To się już przy nas odbywało. Wtedy już nikt nas przed tym, co się dzieje, nie chował.
Ludzie przynosili też kwiaty dla taty do domu, niektórzy zostawiali je przed wejściem. Pamiętam też, jak któregoś razu tata wrócił bardzo wzruszony do domu. Jechał do domu taksówką i kiedy podał adres i zapytał, ile płaci, usłyszał: „Nie, panie mecenasie, nic. Za to, co pan dla nas robi tam na Młyńskiej, to pan nic nie płaci”. Takich gestów było więcej.
PAP: Czy pani ojciec miał świadomość, że jest bohaterem? Że stanie się wzorem dla przyszłych pokoleń adwokatów?
Z.G.: Wydaje mi się, że on by w życiu nie powiedział o sobie, że jest bohaterem. Oczywiście, to był bardzo inteligentny człowiek, więc raczej nie mógł nie zdawać sobie sprawy z wagi wydarzeń Czerwca ’56, z wagi tych procesów i z ryzyka podjęcia się w nich obrony. Ale nigdy o sobie nie mówił jak o bohaterze.
W trakcie tych procesów dla mnie na pewno to było miłe, że tyle było kwiatów w domu. Wiedziałam, że coś się dzieje. Ale, jak tata do tego podchodził… Ta duma może pojawiła się już później, po ’81 roku, kiedy wystawiano sztukę „Oskarżony: Czerwiec Pięćdziesiąt sześć”. Byłam z tatą na premierze; fetowali go, wywoływali na scenę. Kiedy później pisano książki o Czerwcu ’56, ukazywały się artykuły na ten temat – to miałam wrażenie, że tacie rzeczywiście sprawiało przyjemność, że ktoś to doceniał.
PAP: Ale zanim pani tata został doceniony za to, czego dokonał w procesach poznańskich, spotkał się z represjami ówczesnej władzy…
Z.G.: Najgorsze represje polegały na tym, że ciągali dawnych klientów taty i namawiali ich, żeby mówili, że inaczej płacili, niż to było w rozliczeniach. Na tej podstawie zostały wyznaczone bardzo wysokie domiary podatkowe, to zrujnowało właściwie moich rodziców. Mama sprzedała biżuterię, a i tak jeszcze na ten domiar trzeba było się zapożyczać. Ojciec i pan Stanisław Hejmowski byli członkami Naczelnej Rady Adwokackiej – po procesach Czerwca ’56 zostali zawieszeni w wykonywaniu czynności na rok. Przez ten rok tata nie mógł pracować. To rujnowało rodzinę jeszcze bardziej. Potem ojciec wrócił do pracy, ale okazało się, że z tą pracą jest bardzo ciężko. Jedni z adwokatów pomagali, ale byli też tacy, którzy mówili: „proszę nie iść do Grzegorzewicza, bo on podpadł władzom, to jaki wyrok może być? Przecież on nic nie załatwi”. W ten sposób ojciec trafił do Koła. Tam przeniósł swoją praktykę, która nie miała już tego kalibru co poznańska. Był tam, pracował, w wynajętym pokoiku, od poniedziałku do piątku. Wrócił do Poznania przed przejściem na emeryturę.
Przemowy taty z Procesów Poznańskich zostały zachowane w radiu, ale ocalały tylko dlatego, że płyty były podpisane jako „pieśni ludowe”. Później, kiedy czasy się zaczęły w Polsce zmieniać oczywiście bardzo się cieszył. I nawet kiedy był już w starszym wieku, i trudno go było wyciągnąć z domu, to chodził na wybory.
PAP: Patrząc z perspektywy czasu, nie żałowała pani nigdy, że nie zdecydowała się jednak na studia prawnicze? Że nie zbuntowała się pani wtedy? Nie kontynuowała rodzinnej tradycji?
Z.G.: Ja nie cierpiałam historii, jako przedmiotu – a historię trzeba było zdawać na prawo. Byłam dobra z przedmiotów ścisłych. Ale coś w tej tradycji i historii jednak jest. Z czworga wnuków taty, troje zostało adwokatami, adwokatem jest też jego najstarsza prawnuczka. Mamy w rodzinie prawników, którzy tę tradycję i misję ojca podtrzymują.
Michał Grzegorzewicz (1907–1993) – prawnik, adwokat, obrońca w procesach po Poznańskim Czerwcu 1956. W 1931 r. ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Po ukończeniu aplikacji sędziowskiej pracował jako podprokurator w Toruniu i Poznaniu. W czasie wojny został wpisany na listę adwokatów w Warszawie. W 1940 r. trafił do więzienia na Pawiaku, gdyż w rozpisanej przez władze okupacyjne ankiecie sprzeciwił się usuwaniu Żydów z list adwokackich. Udało mu się stamtąd wydostać. Po wojnie pracował jako podprokurator Sądu Okręgowego w Poznaniu do listopada 1945 r., kiedy to zrezygnował z tego stanowiska i podjął praktykę adwokacką. W 1956 r. występował jako obrońca w procesach czerwcowych, które toczyły się przed Sądem Wojewódzkim w Poznaniu od 27 września do 22 października 1956 r. Zmarł 31 grudnia 1993 r. W 2006 r. Prezydent RP pośmiertnie odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W Sądzie Okręgowym w Poznaniu znajduje się tablica poświęcona „Pamięci Niezłomnych Obrońców w Procesach Poznańskiego Czerwca ’56”; adwokatów Hejmowskiego, Grzegorzewicza i Kujanka.
Rozmawiała Anna Jowsa (PAP)
