Na powstanie KOR wpływ miało poczucie podmiotowości [WYWIAD]

Przemarsz uczestników strajku ul. 1 Maja pod Komitetem Wojewódzkim PZPR w Radomiu. Fot. AIPN za: Instytut Pamięci Narodowej/FB

Przemarsz uczestników strajku ul. 1 Maja pod Komitetem Wojewódzkim PZPR w Radomiu. Fot. AIPN za: Instytut Pamięci Narodowej/FB

Na powstanie KOR największy wpływ miało poczucie podmiotowości środowisk, które go tworzyły, ważne też było pozbycie się sposobu myślenia w kategoriach „Roku 1984″ George Orwella – mówi PAP Józef Śreniowski, jeden z sześciu żyjących członków Komitetu Obrony Robotników.

PAP: Jak to się stało, że w PRL mogła jawnie powstać taka organizacja jak Komitet Obrony Robotników? 

Józef Śreniowski: Kluczowe znaczenie dla powstania KOR miało istnienia środowiska, które się dobrze znało, bo wcześniej współpracowało przy różnych okazjach, np. przy zbieraniu podpisów pod protestami w sprawie zmian w konstytucji. To, że KOR powstał na zasadzie doboru towarzyskiego miało bardzo duże znaczenie, bo znacznie trudniej było o infiltrację, o wprowadzenie jakiegoś agenta. Był oczywiście problem, jaką formułę prawną przemycić, żeby władze nie mogły szybko tego spacyfikować. 

PAP: Formalną podstawą były podobno przepisy o komitetach przeciwpowodziowych, których nie trzeba było rejestrować? 

J.Ś.: Tak, ale kluczowe było co innego. Przerabiając nieco zdanie Józefa Piłsudskiego można powiedzieć: podmiotowości się nie dostaje, podmiotowość się bierze. Myślę, że to poczucie podmiotowości było ważniejsze od wszystkiego innego w KOR. Rozumiały to takie osoby jak Mirek Chojecki. Początkowo pani Aniela Steinsbergowa czy nawet Jacek Kuroń mówili: nie powinniśmy nic drukować, bo będziemy siedzieć. Ale Mirek po prostu założył wydawnictwo i zaczął drukować. Potem okazało się, że jest głód niezależnego słowa i poszło to jak ogień po buszu. Jednocześnie w przypadku KOR-u nie można powiedzieć, że jakieś jedno środowisko miało kluczowe znaczenie. Np. że wszystko zaczęło się od Czarnej Jedynki. Owszem, zaczęło się, tyle że KOR to jest taka rzeka, która ma dużo źródeł, mniejszych strumyczków. 

PAP: Jak pan trafił do KOR? Komitet był przecież instytucją warszawską, członków KOR spoza Warszawy było bardzo niewielu. Właściwie poza panem tylko Bogdan Borusewicz, może jeszcze mecenas Stefan Kaczorowski, który szybko odszedł, oraz Stanisław Barańczak. 

J.Ś.: Zaczęło się od tego, że 17 lutego 1976 roku, czyli jeszcze kilka miesięcy przed wydarzeniami czerwcowymi w Radomiu i Ursusie, wybuchł strajk w łódzkiej fabryce Bistona. W wyniku tego strajku wyrzucono całą zmianę. Ponieważ wcześniej pracowałem w tej fabryce, ludzie mnie tam znali. Gdy wybuchł ten strajk, prowadziłem dom kultury na przeciwległym końcu miasta. Ale osoby, które przychodziły do tego domu kultury o tym strajku mi powiedziały. Zainteresowałem się tym, zacząłem szukać ludzi, którzy zostali wyrzuceni. Uznałem, że najlepiej by było, by robotnicy z innych zmian wystąpili w obronie tych wyrzuconych. 

Skontaktowałem się z Janem Józefem Lipskim i Jackiem Kuroniem. Zaproponowali, bym doprowadził do wysłania listu w obronie tych wyrzuconych, a oni w Warszawie powołają komitet, który tych robotników wesprze. List został napisany, ale podpisało go pięć osób na krzyż, włącznie ze mną i ten komitet w końcu nie powstał. Pamiętam, że w jego skład mieli wejść np. Antoni Słonimski czy Tadeusz Konwicki. To był jednak taki prototyp KOR. 

Do samego KOR, gdy już powstał, delegowali mnie koledzy ze środowiska łódzkiego. Odbyło się to podczas zebrania w mieszkaniu Jacka Bierezina, na które przyjechał Jan Józef Lipski. To było kilka tygodni po powstaniu KOR. Był taki tłok, że musieliśmy stać. Początkowo mieliśmy pomysł, żeby z naszego kręgu do KOR wszedł mecenas Karol Głogowski, ale on postawił zaporowe warunki. Że może, ale KOR musi się do niego formalnie zwrócić pisemnie itd. Z kolei Stefan Kaczorowski, też z Łodzi, był potem krótko w KOR, a został do Komitetu wprowadzony z rekomendacji mecenasa Władysława Siły-Nowickiego, któremu zaproponowano członkostwo, ale nie chciał, bo wolał być aktywny jako obrońca. 

Na tamtym zebraniu u Bierezinów był też Marek Edelman, ale on nie chciał się angażować w KOR. Na Marka można było za to liczyć w dwóch sprawach – lekarskich i finansowych. Na przykład przychodziłem do niego i mówiłem: panie doktorze, muszę mieć na jutro 17 tysięcy złotych. A on: nie mam, ale pójdę po ordynatorach. Przeszedł po szpitalu i przyniósł mi te 17 tysięcy. Poza tym uratował wiele osób przed aresztowaniami, zapisując na leczenie. Jak przychodziła milicja i chciała aresztować pacjenta, lekarz nie wyrażał zgody. 

PAP: Rozumiem, że został pan wybrany nie tylko ze względu na sprawę Bistony, ale także pana zaangażowanie w wydarzenia marca 1968 w Łodzi? 

J.Ś.: Zapewne tak, choć grupa wywodząca się z marca stanowiła garstkę. Wtedy nasze środowisko tworzyli m.in. Włodzimierz Gromiec, Wiktor Niedźwiecki, Jacek Bierezin, Witold Sułkowski, Konrad Tatarowski. Byli też ludzie, którzy zaangażowali się tę sprawę Bistony. Wiedzieliśmy jednak, że kontakty ze środowiskami robotniczymi nie są łatwe. W naszym kręgu były tylko dwie osoby z tego środowiska. A inteligent nie miał co wtedy rozmawiać z robotnikami, jeśli nie wiedział, jak to się robi. Metodę na rozmowę z robotnikami miał nasz kolega Tomasz Filipczak. Mówił: Jestem z KOR, a w KOR-ze jest Jerzy Andrzejewski. A chyba widział pan film „Popiół i diament”? Na wielu robotników to działało. 

PAP: Ale właśnie Łódź to specyficzne miasto, bo tam inteligencka opozycja przed 1980 rokiem była bardzo słaba i miała chyba właśnie słaby kontakt z robotnikami? 

J.Ś.: W Łodzi nie było opozycji. Poza pojedynczymi osobami jak Karol Głogowski czy Stefan Kaczorowski opozycję zaczęli tworzyć dopiero ludzie, którzy zaangażowali się w marzec 1968. W każdym wielkim mieście można było znaleźć silniejszą. 

PAP: Dlaczego tak było? 

J.Ś.: Wynikało to ze specyfiki środowisk robotniczych. Trzeba pamiętać, że w Łodzi w PRL dwa razy wybuchły bardzo duże strajki. Jeden był w sierpniu 1957 roku i mógł nawet obalić Gomułkę. Zaczęło się od strajku tramwajarzy, a potem przyłączyły się inne grupy, m.in. kolejarze. A ten drugi raz to strajk włókniarek w lutym 1971 roku. Który doprowadził do definitywnego cofnięcia gomułkowskiej podwyżki cen z grudnia 1970. To był olbrzymi strajk, bo wzięło w nim udział między 300 a 600 tysięcy ludzi. 

Można by zapytać, skoro ci ludzie zwyciężyli, to kto zdyskontował ten strajk, ważny przecież dla całej Polski? Otóż strajk ten zdyskontowała partia. Podjęto wtedy uchwałę o przyspieszonym rozwoju społeczno-ekonomicznym Łodzi, który obowiązywał w pierwszej połowie lat 70. To najlepiej pokazuje, że w Łodzi nie było opozycji, która mogłaby na takim strajku coś zyskać. 

Jedyną łódzką instytucją, gdzie opozycja była stosunkowo silna była szkoła filmowa. Dopiero młodzież, która zaangażowała się w latach 70. i 80. zaczęła tworzyć środowisko opozycyjne. W Łodzi np. też istniało coś podobnego do Czarnej Jedynki. To była drużyna harcerstwa wodnego, która nie była poddawana takiej ideologicznej presji jak reszta harcerstwa. Drużynowym był Krzysztof Nowak. Właśnie z tej drużyny wywodziło się najwięcej studentów, którzy zaangażowali się we współpracę z KOR. Był tam np. Jacek Zejdler. 

PAP: Czyli filmowy „Tolek Banan”? 

J.Ś.: Tak, właśnie wtedy Jacka poznałem. Dzięki takim środowiskom powstała nowa opozycja w Łodzi, bo nas z marca’68 było może pięciu czy dziesięciu. Niemniej ten drużynowy mi kiedyś opowiadał, że przyszła do niego matka jednej z dziewczyn, samotnie ją wychowująca. I mówi: proszę pana, pan buntuje moją córkę, ale my wszystko zawdzięczmy Polsce Ludowej, mieszkanie dostaliśmy, mam pracę w fabryce. 

PAP: To trochę tłumaczy tę słabość łódzkiej opozycji. Choć częściowo w Łodzi działała też przecież w końcu lat 60. organizacja Ruch? 

J.Ś.: Do momentu ich procesu nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje. Choć z dokumentów IPN się dowiedziałem, że ubecy uważali, iż jestem członkiem Ruchu. O jego istnieniu wtedy nawet nie słyszałem. Gdy bracia Czumowie i bracia Niesiołowscy siedzieli, skontaktowałem się z Grażyną Kuroń – Jacek też jeszcze wtedy siedział – oraz z Janem Józefem Lipskim i postanowiliśmy, że będziemy organizować pomoc dla rodzin uwięzionych. To się udało. Potem Grażyna mi powiedziała, że Jan Józef miał te pieniądze z Episkopatu, który jednak nie chciał się bezpośrednio angażować, więc korzystał z pośredników. Poza tym chyba profesor Edward Lipiński oraz Melchior Wańkowicz dostali wtedy nagrody państwowe i przeznaczyli je na pomoc rodzinom więzionych za Ruch. 

PAP: Dlaczego KOR mógł działać i nie było represji na masową skalę? Czy Edward Gierek nie chciał rozkręcać represji, bo bał się utraty kredytów zachodnich? 

J.Ś.: Prawdopodobnie, choć trzeba pamiętać, jakie represje rozkręcono po Radomiu. Jak pan myśli, na takiej ścieżce zdrowia taki robotnik ile razy był pobity? 

PAP: Nie wiem. 

J.Ś.: Na przykład musiał przez taką ścieżkę przebiec 120 razy. Albo 80. Każde zawiezienie do prokuratury, to najpierw bicie. Potem przywiezienie – bicie itd. Dopiero jak ich przewieziono do więzienia w Białymstoku, odetchnęli z ulgą, bo tam byli traktowani jak ludzie. Był taki utalentowany bokser z czołówki krajowej, który został tak pobity, że musiał skończyć karierę, a niedługo potem umarł. Wszystko to jest udokumentowane w bardzo dobrej książce „Na ścieżkach zdrowia”. 

Co do późniejszych represji, była taka tajna narada w MSW, której zapis czytałem, podczas której szef III Departamentu MSW Adam Krzysztoporski powiedział: towarzysze, powiedzmy sobie szczerze, opozycja idzie cały czas do przodu, a my możemy się tylko cofać. Bo skoro nie pozwalają nam wrócić do metod z lat 50, którymi rozprawiliśmy się z podziemiem zbrojnym, jesteśmy bezradni. 

PAP: Udało wam się też w Łodzi rozwinąć chyba na stosunkowo dużą skalę drugi obieg wydawniczy? 

J.Ś.: Bogdan Borusewicz przypomniał niedawno coś, co słabo pamiętałem. Gdy zaczęliśmy drukować KOR-owskiego „Robotnika”, do którego sami zbudowaliśmy moce poligraficzne, okazało się, że jesteśmy w stanie wydrukować znacznie więcej, niż w Łodzi się rozchodzi. Np. drukowaliśmy 2000 egzemplarzy, a mogliśmy rozkolportować 500. Zaczęliśmy więc wysyłać do Gdańska Borusewiczowi, bo on zgłaszał duże zapotrzebowanie. To trafiało m.in. do Stoczni Gdańskiej. Te transporty nigdy nie wpadły. Mieliśmy taki sposób, że odkręcaliśmy sufity w wagonach kolejowych. Wieczorem drukowaliśmy, chowaliśmy w tych wagonach, które oczywiście oznaczaliśmy w umówiony sposób, a następnego dnia to było w Gdyni. Dzięki temu w Stoczni Gdańskiej podaż „Robotnika” była ogromna. Jak mówił Borusewicz, praktycznie tylko ten nie czytał „Robotnika”, kto nie chciał. Tak zorganizował dystrybucję, że w każdym wydziale było pismo „Robotnik”, jeszcze zanim zaczął wychodzić „Robotnik Wybrzeża”. 

PAP: Jak pan ocenia wpływ KOR na powstanie „Solidarności”? 

J.Ś.: Oczywiście taki wpływ był, może nie tyle KOR-u ile całej opozycji, ale bym go nie przeceniał. Janek Lityński mówił kiedyś, że najbardziej dojrzałe akcje strajkowe były tam, gdzie był kolportaż „Robotnika”. To niekoniecznie jest prawda. Strajki to często akcje spontaniczne, gdzie do głosu początkowo dochodzą awanturnicy i ryzykanci. Ludzie, którzy nie mają wiele do stracenia. Po powstaniu „Solidarności” stosunki między związkowcami, a dawną opozycje z KOR czy ludźmi mającymi doświadczenia opozycyjne układały się w różnych miastach różnie. Znamienne, że przed 1980 rokiem KOR nie bardzo chciał się angażować w różne spontaniczne akcje strajkowe. Np. jesienią 1978 roku była fala strajków w Pabianicach. Na zebraniu KOR proponowałem, by Komitet stworzył coś na kształt biura strajkowego, byśmy wiedzieli, gdzie jaki strajk wybucha. Ale np. Aniela Steinsbergowa była sceptyczna. To się zmieniło dopiero w lipcu 1980 roku, gdy u Jacka Kuronia działał telefon strajkowy. 

PAP: Karol Modzelewski kiedyś opowiadał, że to właśnie za pana namową zaangażował się w „Solidarność”, bo pan mu powiedział, że w Gdańsku na niego czekają? 

J.Ś.: Gdy byłem w Gdańsku zorientowałem się, że część ekspertów może chcieć ustąpić z postulatu wolnych związków zawodowych. Z kolei ci robotnicy, z którymi rozmawiałem zapewniali mnie, że akurat z tego postulatu na pewno nie ustąpią. Gdy wróciłem do Warszawy skontaktowałem się Karolem Modzelewskim, którego wcześniej nie znałem. Rozmawialiśmy chyba z trzy godziny. Namawiałem go na wyjazd, bo sądziłem, że on będzie takim ekspertem, który na pewno nie oszuka robotników. 

PAP: A jaki był wpływ łódzkiego środowiska KOR na łódzką „Solidarność”? Bo chyba oprócz tego, że opozycja była słaba, to relatywnie silniejsza od środowiska KOR była tu tzw. opozycja niepodległościowa, skupiona wokół ROPCiO? 

J.Ś.: Były kręgi w Łodzi, które bardzo chętnie łączyły się przez podział i były ze sobą śmiertelnie skłócone. To był krąg wokół mecenasa Stefana Kaczorowskiego, krąg wokół Benedykta Czumy i wokół Karola Głogowskiego. 

PAP: Ale w łódzkiej „Solidarności” wpływy miały właśnie te środowiska, a nie KOR? 

J.Ś.: No tak, dzięki temu, że do „Solidarności” od pierwszego dnia wkręcił się wieloletni agent Służby Bezpieczeństwa Andrzej Mazur. Poręczając za jednych a za innych nie, miał wpływ na skład władz łódzkiej „Solidarności”. Zresztą już sierpniu 1980 roku poleciał do Szczecina i doprowadził do złagodzenia na korzyść władz treści porozumienia, które tam zawarto. 

PAP: Tak, tam nie było mowy o „niezależnych, samorządnych związkach zawodowych”, tylko wyłącznie o „samorządnych”. Nie mówiąc już o tym, że porozumienie podpisano dzień wcześniej. 

J.Ś.: Potem Mazur wrócił do Łodzi, przyszedł do szefa SB i mówi: niech ci Żydzi z KOR zrobią w Gdańsku swój związek, my z Jurczykiem w Szczecinie zrobimy swój o nazwie „Jedność”, a potem napuścimy ich na siebie. W Warszawie w MSW ten pomysł zaakceptowano i Mazur zaczął to tworzyć. Polska miała być przepołowiona, Łódź też miała być w tym związku Mazura. By się temu przeciwstawić, gazetkę, którą założyliśmy nazwaliśmy „Solidarność z Gdańskiem”. Gdy jednak po 17 września 1980 ogólnopolskiemu związkowi nadano jednak nazwę „Solidarność”, obie strony podały sobie ręce. Koncepcja Mazura nie wypaliła i gdzieś w październiku 1980 roku MSW od niej odstąpiło. 

Nie zgodziłbym się jednak ze stwierdzeniem, że łódzki KOR był mały. Moim zdaniem po warszawskim był najsilniejszy w Polsce. Według SB środowisko KOR skupiało od 120 do 200 osób. Zarazem SB pisała, że ROPCiO w Łodzi ma 35 osób, a Ruch Młodej Polski sześciu. Oczywiście na milionowe miasto to nie było dużo, ale znowu nie tak bardzo mało jak na lata 70. 

PAP: Gdyby nie KOR nie byłoby „Solidarności”? 

JŚ: Nie wiem. Zapewne jeśli byłaby, wyglądałaby inaczej. Ten wpływ KOR na pewno był pośredni. Jak zaczął działać KOR, ludzie zobaczyli, że taka działalność jest możliwa i zaczęły powstawać inne niezależne organizacje – ROPCiO, RMP, potem KPN. Powstały Wolne Związki Zawodowe, Komitety Samoobrony Chłopskiej. Wszyscy zaczęli wydawać w drugim obiegu, powstawały niezależne wydawnictwa, tych inicjatyw było coraz więcej. I to wszystko miało wpływ na powstanie „Solidarności”. 

Jeśli miałbym szukać odpowiedzi na pytanie, na czym polegał fenomen KOR, to polegał na tym także, a może jest to nawet ważniejsze niż wszystko inne, że trzeba było mentalnie wyjść z „Roku 1984”. Z charakterystycznego dla systemu totalitarnego dwójmyślenia. Proszę np. zwrócić uwagę, jak partia i bezpieka używały słowa „uzgodnić”. Słowo „uzgodnić” w języku polskim ma coś wspólnego ze zgodą. A w ich rozumieniu uzgodnić oznaczało narzucić. Takich słów, których znaczenie było przeinaczone było bardzo dużo. 

O historii opozycji w PRL powinno się napisać kiedyś tak, jak została napisana „Historia społeczna III Rzeszy”. Pokazać, jak opozycja miała się do władzy, ale także jak się miała do społeczeństwa. Bo jeśli analizować stosunek społeczeństwa do KOR, to najwięcej było ludzi wstrzemięźliwych, takich którzy nie byli przeciw, ale nie chcieli się narażać – czytali gazetki drugiego obiegu, ale nic więcej.

Exit mobile version