Przywództwo kard. Stefana Wyszyńskiego w Kościele wynikało z powszechnego zaufania, a jego autorytet przekraczał granice instytucjonalne – powiedział PAP historyk prof. Paweł Skibiński. Dodał, że po jego śmierci w 1981 r. zabrakło charyzmatycznego lidera i przenikliwego stratega.
45 lat temu, 28 maja 1981 r., zmarł kard. Stefan Wyszyński, nazywany Prymasem Tysiąclecia. Od 1948 r. przewodził on Kościołowi katolickiemu w Polsce jako metropolita gnieźnieński i warszawski.
PAP: Na czym polegała wyjątkowość kard. Stefana Wyszyńskiego?
Prof. Paweł Skibiński, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego: Mamy do czynienia z człowiekiem, który jako jedyny lider Kościoła lokalnego w skali globalnej potrafił stworzyć takie warunki dla swojej wspólnoty religijnej, aby nie tylko przetrwała dominację reżimu totalitarnego, w tym wypadku komunizmu, ale również wyszła z tej konfrontacji wzmocniona.
Kościół katolicki po II wojnie światowej był ważny z punktu widzenia całego życia społecznego w Polsce, ponieważ był jedyną silną instytucją społeczną, której reżim komunistyczny nie był w stanie w pełni kontrolować. Komuniści próbowali go infiltrować czy w rozmaity sposób dezorganizować jego działania, ale nie potrafili narzucić mu swego nadzoru i kontroli. I to jest niewątpliwie sukces epokowy zarówno z polskiego, jak i z katolickiego punktu widzenia.
Kard. Wyszyński miał kilka cech, które niewątpliwie go wyróżniały. Był osobą nieprzeciętnie inteligentną, wykształconą i potrafiącą wykorzystać swoje wykształcenie, a przy tym człowiekiem głębokiej wiary i modlitwy. Dodatkowo charakteryzował się niespożytą wręcz pracowitością. To rzadki zestaw cech.
Nieprzypadkowo funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UB), a później Służby Bezpieczeństwa (SB), rozpracowaniu sprawy prymasa Wyszyńskiego nadali kryptonim „Prorok”. Prymas potrafił nie tylko tworzyć śmiałe koncepcje w postaci np. monumentalnych programów duszpasterskich, ale także konsekwentnie je realizować, mimo że często chronologicznie nakładały się na siebie. Nie miał przy tym optymalnej sytuacji społecznej, politycznej ani wewnątrzkościelnej.
Przykładem jego działań jest program Wielkiej Nowenny, na który nałożył się program peregrynacji kopii wizerunku jasnogórskiego po polskich parafiach oraz późniejszy program Społecznej Krucjaty Miłości. W tym samym czasie realizowano w Polsce na ogromną skalę czuwania w intencji Soboru Watykańskiego II.
PAP: Czy pozycja Kościoła w społeczeństwie nie wynikała jednak z jego struktury i roli, jaką duchowni odgrywali w poprzednim stuleciu?
Prof. M.S.: Kościół w Polsce był strukturalnie silny, kulturowo zakorzeniony i wyszedł moralnie zwycięsko z dwudziestowiecznych prób, w tym z II wojny światowej. Były to okoliczności, które umożliwiały działalność prymasowi Wyszyńskiemu.
Jednak jego aktywność była bez wątpienia wyjątkowa i w znacznej mierze obdarzona pewnymi znamionami geniuszu. Nikt inny na świecie nie potrafił w taki sposób jak on podjąć gry z władzami komunistycznymi i w tak trudnych warunkach zadbać o powierzoną sobie wspólnotę, co śledzono z uznaniem również w innych krajach.
PAP: Czy już w czasie święceń kapłańskich Wyszyńskiego przełożeni widzieli jego potencjał?
Prof. M.S.: Myślę, że tak. Świadczy o tym fakt, że mimo słabego zdrowia zainwestowali w jego studia. Przyszły prymas zrobił doktorat, odbył też podróż studyjną po całej Europie. Powierzano mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania, w tym m.in. redakcję pisma formacyjnego dla księży „Ateneum Kapłańskie” czy profesurę w seminarium duchownym. Poza tym bardzo szybko stał się zaufanym człowiekiem ówczesnego prymasa Polski – kard. Augusta Hlonda. W okresie międzywojennym został najmłodszym członkiem Prymasowskiej Rady Społecznej, a tuż po wojnie został mianowany biskupem lubelskim i najmłodszym członkiem Episkopatu Polski. Ponadto w 1948 r. na osobistą prośbę umierającego kard. Hlonda został prymasem Polski, co musiało być głęboko przemyślaną decyzją odchodzącego lidera polskiego Kościoła.
PAP: Jak udało mu się zyskać autorytet wśród mocno podzielonego w tamtym czasie duchowieństwa?
Prof. M.S.: Prymas w swoich działaniach bazował na autorytetach wyższych niż on sam: na przywiązaniu do Kościoła jako całości, do papieża, Ojczyzny. Odwoływał się bowiem mocno do patriotyzmu duchownych. Poza tym on nie tylko był postrzegany jako sługa Kościoła i narodu, ale on faktycznie nim był. Identyfikował się z tym, o czym mówił, i dlatego był wiarygodny.
Stefan Wyszyński, o czym dziś rzadziej pamiętamy, był również wybitnym intelektualistą. Stworzył nowatorskie koncepcje teologiczne dotyczące pojmowania narodu i pracy w perspektywie wiary. Przetworzył indywidualny akt oddania się wiernego w niewolę duchową Maryi, zaczerpnięty od św. Ludwika Marii Grignion de Montforta, w oddanie wspólnotowe, czego wyrazem był Milenijny Akt Oddania Narodu z 3 maja 1966 r. Pokazuje to jego umysłową odwagę i głęboką duchowość.
Poza tym jego zapiski więzienne, powstałe w latach 1953-1956, gdy prymas był aresztowany przez władze komunistyczne, to jeden z bardziej rozpoznawalnych tekstów tego typu na świecie. Choć pierwsze ich wydanie ukazało się w 1982 r., to doczekały się one kilkunastu tłumaczeń na języki obce.
Jan Paweł II wymienił kard. Wyszyńskiego, obok kard. Adama Sapiehy, jako swojego mentora, jeśli chodzi o posługę biskupią w Kościele. Inspirację projektami duszpasterskimi Stefana Wyszyńskiego widać w charakterystycznym dla pierwszej dekady pontyfikatu papieża Wojtyły pomyśle realizacji jubileuszy historyczno-religijnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Było to przeniesienie doświadczeń z programu Milenium Chrztu Polski na forum globalne.
Bezdyskusyjnie był on człowiekiem wybitnym w perspektywie historycznej.
PAP: Niektórzy twierdzą, że jego przywództwo w Kościele miało charakter autorytarny?
Prof. M.S.: Stałą ideą przewodnią działań kard. Wyszyńskiego było zachowanie jedności Kościoła, zwłaszcza w kontakcie z wrogim państwem komunistycznym. Prymas uważał, że Kościół, aby wypełniać swoją misję, powinien mówić jednym głosem. Ten głos był jednak efektem dyskusji wewnątrz Episkopatu, przy czym miała ona swoje ograniczenia faktyczne, techniczne oraz związane z okolicznościami czy realnymi możliwościami, którymi dysponował Kościół.
Faktem jest, że po powrocie z uwięzienia kard. Wyszyński cieszył się wśród duchowieństwa i wiernych niekwestionowanym autorytetem. Nie oznacza to, że wszyscy się z nim zgadzali. W czasie większości wewnątrzkościelnych dyskusji miał sporą możliwość perswazji, ponieważ był człowiekiem integralnym, który dał świadectwo wierności swoim poglądom w postaci własnego uwięzienia.
Główni przeciwnicy Wyszyńskiego – komuniści – nazywali jego rządy autorytarnymi, bo postrzegali Kościół przez pryzmat stosunków panujących w swojej partii, w której autentycznej dyskusji właściwie nie było.
PAP: Kogo zatem zabrakło Kościołowi w Polsce wraz ze śmiercią Stefana Wyszyńskiego?
Prof. M.S.: Zabrakło nam charyzmatycznego lidera wspólnoty, którego przywództwo wynikało z powszechnego zaufania, a autorytet przekraczał granice instytucjonalne Kościoła. Zabrakło także największego umysłu i prawdopodobnie największego ducha wśród polskich biskupów, nie licząc Jana Pawła II. Zabrakło również przenikliwego stratega.
Dość szybko w jego rolę wszedł papież, ale przewodził on polskiemu Kościołowi z innej – papieskiej – pozycji, więc jego przywództwo miało inną specyfikę. Oczywiście dzięki temu w trudnym 1981 r. doraźny ciężar straty po prymasie był mniej dotkliwy.
Częściowo odpowiedzialność za Kościół w Polsce wziął na siebie także nowy prymas – kard. Józef Glemp, choć miał on zupełnie inną osobowość niż poprzednik. W związku z tym polscy katolicy, zwłaszcza po 2005 r. i śmierci papieża Polaka, czuli się w pewien sposób osieroceni. Brakowało im człowieka, którego się uważnie słuchało, który byłby dla nich niejako ojcem duchowym. I myślę, że w jakimś sensie w tym osieroceniu tkwimy do dzisiaj.
PAP: Czy to oznacza, że Polacy jako naród potrzebują lidera?
Prof. M.S.: Po śmierci Jana Pawła II mieliśmy ogromny kłopot z jakimkolwiek autentycznym autorytetem. Od wielu lat obserwujemy głęboki kryzys autorytetów także w dziedzinie życia społecznego, politycznego czy instytucjonalnego. To powoduje, że w ludziach w sposób naturalny rośnie poczucie osierocenia po człowieku, który sprawdził się w trudnych czasach.
PAP: Z jakiego powodu Kościół w Polsce nie ma dziś lidera?
Prof. M.S.: Nie ma tego rodzaju niekwestionowanego lidera. Zmieniła się także sytuacja prawno-kanoniczna Kościoła w Polsce. Ze względu na nadzwyczajną sytuację Kościoła w naszym kraju jeszcze kardynał Hlond otrzymał w 1945 r. od Ojca Świętego specjalne pełnomocnictwa, które sprawiały, że był niejako „papieżem w Polsce”. Oznaczało to, że w sytuacjach kryzysowych dysponował władzą normalnie przynależną Stolicy Apostolskiej, dotyczącą organizacji Kościoła, spraw etyczno-moralnych czy kwestii prawnokanonicznych, co ułatwiało sprawowanie przywództwa instytucjonalnego. Jedynie nominacje biskupie należały wówczas do wyłącznych kompetencji papieża. Oczywiście nie oznacza to, że prymasi korzystali ze wszystkich powierzonych sobie nadzwyczajnych kompetencji.
W latach 90. wróciliśmy do kościelnej normalności i we wszystkich kluczowych sprawach biskupi w Polsce muszą zwracać się do odpowiedniej dykasterii w Watykanie.
Poza tym wraz z transformacją zmieniło się również postrzeganie roli Kościoła w społeczeństwie. Biskupi szukają jakiegoś sposobu obecności Kościoła, który będzie powszechnie akceptowany i będzie harmonijnie komponował się z funkcjonowaniem innych instytucji publicznych: państwowych, samorządowych, społecznych. To oznacza, że kulturowo są w defensywie. Postrzegają swoją rolę liderów Kościoła jako obronę przed naciskiem dominującego kulturowo sekularyzmu.
Tymczasem prymas Wyszyński w swojej epoce, mimo że miał do czynienia z bardzo brutalną sekularyzacją na modłę komunistyczną, miał odmienne podejście. On przede wszystkim chciał w pełni wykonać zadania, które wynikały z misji Kościoła, przezwyciężając ograniczenia narzucane przez przemocowy system państwowy. Myślał w kategoriach szukania jak największego stopnia normalności, co dawało mu energię „ofensywną”. Kościół domagał się więc swoich praw, bo domagał się normalności.
Mam wrażenie, że kard. Wyszyński czuł się bardziej wewnętrznie wolny w swoich decyzjach niż współcześni biskupi działający paradoksalnie w warunkach społecznej wolności. Wydaje mi się, że jego odwagi i rozmachu brakuje czasami dzisiejszemu pokoleniu hierarchów. Oczywiście nie wiem, na ile prymas Wyszyński sprawdziłby się w warunkach wolnej Polski, ale na pewno prezentowałby nieco inne podejście.
PAP: Czy to nie jest zatem kwestia braku lustracji w Kościele w naszym kraju?
Prof. M. S.: Takie stwierdzenie to uproszczenie. Kard. Wyszyński funkcjonował w sytuacji, kiedy wokół siebie miał wielu agentów, a jeszcze więcej kolaborantów. Czy to przeszkodziło mu realizować swoje zadania? Moim zdaniem – nie.
Transparentność życia społecznego, także w Kościele, jest oczywiście bardzo ważna, ale chyba jeszcze ważniejsza jest integralność moralna przywódców i mądrość działania. To jest coś, czego możemy i powinniśmy się wszyscy uczyć od prymasa Stefana Wyszyńskiego – zarówno działając wewnątrz Kościoła, jak i poza nim.
Czytaj także:
120 lat temu urodził się Stefan Wyszyński
Z okazji przypadającej we wtorek 120. rocznicy urodzin kard. Stefana Wyszyńskiego w archikatedrze warszawskiej odprawiona zostanie msza św. i modlitwa przy sarkofagu Prymasa Tysiąclecia, a na Krakowskim Przedmieściu odbędzie...
Czytaj więcejDetailsCzytaj także:
40 lat temu zmarł kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Tysiąclecia [ARCHIWALNE DŹWIĘKI]
40 lat temu, 28 maja 1981 roku, zmarł kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Tysiąclecia - wybitny mąż stanu, obrońca praw człowieka, Kościoła i narodu, uważany za jednego z największych Polaków...
Czytaj więcejDetails